Bohdan Urbankowski


Ur. 19.05.1943 r. w Warszawie poeta, dramaturg, eseista i filozof. Debiutowa³ jako malarz i poeta (1960-61r). Po ukoñczeniu liceum Janka Smolenia w Bytomiu studiowa³ polonistykê, histori¹, sztukê i filozofiê na Uniwersytecie Warszawskim. Za³o¿yciel klubu Artystów Anarchistów przewodnicz¹cy Forum Poetów Hybrydy, Twórca Konfedern Tom Gkosy  (1972r.) – nagrody im. Nowego Józefa Z nim czechowscza w cieniu (1973r.) – Ogólnopolski Festiwal Poezja 1973r. Monografia Dostojewki- -dramat humanistów. Twórca dramatów scenicznych, widowiskowych i s³uchowisk telewizyjnych.
 

Motto z Tomiku  „Ch³opiec odchodzi” (wydawnictwo £ódzkie 1991r.)
Zawsze w drodze, zawsze id¹cy rozstajem miêdzy ziemi¹ a gwiazd¹, miêdzy śmierci¹ a snem kim jesteś, poeto kim jesteś i komu dajesz znaki i masz si³y by wierzyæ, ¿e to lampka ta lampka, któr¹ nazywasz wierszem bêdzie p³on¹æ zawsze
 
 
 

Wierszyk urodzinowy
 

Mamo, nie by³em z³ym ch³opakiem.
Wszystko zaczê³o siê od tego,
¯e wlaz³em - dla zwyczajnej draki- ,
Na drzewo dobrego i z³ego.
Z dzieciñstwa za karê wygnany
Po bezdro¿ach, rozdro¿ach i drogach
B³¹dzê. I wymyślonym Bogom
Wymyślone sk³adam ofiary.
To, co boli - przerabiam w poemat.
Wielk¹ radośæ - rozmieniam na s³owa.
Kocham -- bo trzeba, bo mi³ości nie ma.
I umieram z mi³ości bo śmieræ jest. Przejściowa.
A wiêc nie p³acz. Ja nie zginê, Mateñko,
W ciemnych s³ów, ciemnych dni labiryncie. .
Widzisz: serce to jest ma³y k³êbek nici
Których koniec trzymasz w swoich rêkach.

Bytom 28.III, 19.V.1999
 

Wiersz jest nieufności¹ ¿ywych,
którzy przyszliśmy zbyt późno, by burzyæ albo
[ocalaæ,
a nie chcieliśmy dawaæ świadectwa ruinom, te
[bowiem
mieści³y okrucieñstwo zbyt doskona³ych rzeźb.
Przyszliśmy, gdy dobro i z³o rozdzielono do
[ostatniego w³ókna,
gdy zabliźnia³o siê s³oñce, a poeci
zd¹¿yli znów porównaæ kobietê do kwiatu.
Poprzez spêkan¹ korê bezsennych nocy s¹czy³ siê
[jeszcze cieñ,
kiedy objuczeni uśmiechem ludzie wyruszali znów
[w górê rzeki,
a dziecko otar³szy twarzyczkê rzeźbi³o na piasku
[ślady swoich stóp.
Wiersz jest nieufności¹ ¿ywych,
którzy rozcieramy w palcach wieczór jak garstkê
[gorzkich zió³
i z lêkiem dotykamy warg, na których znowu
pojawiaj¹ siê trzy krople krwi:
wiara - nadzieja - mi³ośæ
 

Śmieræ Pi³sudskiego

Mówili: by³aś pawiem narodów, papug¹
gorzej - Ty by³aś dziwk¹! Piêkn¹ i szalon¹
dziwk¹, która nie idzie przez świat
nie myśli - lecz siê śmieje...
Tym co Ciê kochali
plu³aś w twarz - te¿ ze śmiechem. Lecz tym co Ciê
bili umia³aś lizaæ ³apy. S³aæ listy mi³osne
do Moskwy, do Berlina, skamla³aś u drzwi
¿eby wpuściæ raczyli. A gdy Ci kazano
swój w³asny pomiot jak suka rzuca³aś
gdzieś wśród ³agrów Syberii...
Tak, umia³aś walczyæ
jak dziwka z pazurami skaka³aś do oczu
z pazurami na czo³gi... Zdycha³aś w konwulsjach
na ka¿dym progu domu... A potem ze śmiechem
sz³aś do ³ó¿ka zwyciêzcy... Kto Ciebie zrozumia³
kto potrafi³ tak kochaæ by chlasn¹æ Ciê w twarz
o Polsko! Polsko!
[Noc stoi u granic
noc nadchodzi milcz¹cym, krwawym korowodem.
Wiem, ¿e nie bêdziesz wierna. Ale bardziej doli
lêk: komu starczy si³y, by byæ wiernym Tobie.
 

Te kwiaty zakompleksione
z podkr¹¿onymi oczami
podejrzane by³y ju¿ od dawna
niepokoi³ ich uśmiech
i wzrost.
Bratki
Tydzieñ temu
czo³ga³y siê tylko po ziemi
nieśmia³o gryz¹c po nogach
mia³y przepraszaj¹cy uśmiech
bardzo smutnych kar³ów
Wczoraj
wyci¹ga³y s³abe jeszcze rêce
i dwuznacznie chwyta³y za szyjê
nieuwa¿nych przechodniów
Dzisiaj
dzisiaj
ujrzano po raz pierwszy
jak sz³y g³ówn¹ ulic¹
Dwukrotnie wy¿sze od ludzi
w doskonale wyrównanych szeregach.
 

Rzeźnia
Bieg³em .na czele t³umu
wci¹¿ niepewny
czy oni dotrzymaj¹ s³owa.
Wpadliśmy wreszcie przez bramê
wykrzykuj¹c coś o wolności
wtedy oddzielono mnie od reszty.
Mog³em ju¿ patrzeæ z boku:
kościsty
w poplamionym fartuchu
koñ
jednym ciosem rozbija³ im g³owy.
Śmierdz¹ce powietrze
lepi³o siê do r¹k i twarzy.
Ale nie dali mi patrzeæ zbyt d³ugo
znowu wygnali na ulicê
trzeba zebraæ nastêpnych.
Stojê pośród placu
i machaj¹c wielobarwnym sztandarem
wo³am:
bracia! zgromadźcie siê.
Bracia!

Ci co ¿yj¹ daleko nie s¹ wcale ludźmi -
cia³a ich ¿ó³te i karmione traw¹
nie wydzielaj¹ ¿adnej ludzkiej woni.
Cierpi¹? - któ¿ lepiej zna siê na cierpieniu
od nas palonych ¿ywcem w krematoriach
d³awionych gipsem, b³¹dz¹cych wśród ruin
i rysuj¹cych palcem drogie twarze w mgle.
Tak, my jesteśmy ludźmi. Znamy wartośæ ¿ycia,
czytamy Bibliê, latem podziwiamy
wa¿ki b³êkitne nad sennym strumieniem,
jesieni¹ w naszym kraju na wzgórzach zap³on¹
[wrzosy
do szko³y pójd¹ dzieci w bia³ych ko³nierzykach
uczyæ siê ceniæ kulturê i korzystaæ z praw...
Czy ci maj¹ kulturê? Samce w zgliszczach pagód
z bambusów robi¹ pu³apki na ludzi. Na twarzach
![b¹ble potu -
samice ich brudne
nie znaj¹ ³agodności,
wytrzeszczaj¹ oczy
i wyj¹ nad trupkami ustrzelonych m³odych...

Dialog

Wreszcie go znaleźliśmy
w ciemnym k¹tku zakurzonej planety
Ma³y
o g³ówce zmarszczonej jak orzech
nieśmia³o stercza³ z dziupli
Dlaczego jesteś tutaj, Bo¿e Ojcze?
- zapyta³ jeden
Dla czegoś uciek³ od nas, z naszego nieba?
- dorzuci³ inny.
A czy to nie wszystko jedno?
- zapyta³ Pan Bóg
i w oczach mu zab³ys³y
ni to ³zy
ni to iskierki.
Staliśmy tak ,naprzeciw siebie
nie wiedz¹c
co by tu jeszcze powiedzieæ.